Dzień z życia więźnia

 

Obóz koncentracyjny Auschwitz nie został zbudowany od zera. Niemcy wykorzystali istniejące budynki po koszarach wojska polskiego. Z czasem powiększono liczbę bloków do dwudziestu ośmiu oraz podwyższono budynki parterowe. Wszystko po to, by zgromadzić w tej upiornej fabryce śmierci jak największą liczbę osób. Szacuje się, że jeden blok mogło zamieszkiwać nawet 1200 osadzonych.


Jak wyglądał ich dzień? Przede wszystkim zaczynał się bardzo wcześnie. Latem była to godzina 4.30. Zimą więźniowie mieli „dla siebie” jedną godzinę więcej. Pobudka miała bowiem miejsce o 5.30. Dlaczego „dla siebie”? Ponieważ cały pozostały czas przeznaczony był praktycznie w całości na przymusową pracę. Po załatwieniu porannych czynności, więźniowie musieli się stawić na placu apelowym. Miejsce to nie tylko służyło do sprawdzania stanu osobowego, lecz także poddawaniu okrutnym karom, takim jak polewanie stojących na mrozie wodą (co często dla niektórych kończyło się śmiercią). Kontrolowanie „listy obecności” niekiedy trwało wiele godzin, podczas których więźniowie musieli stać na baczność. Ich wiek czy stan zdrowia nie był tutaj żadną okolicznością łagodzącą. Podobnie jak w przypadku pracy.

Ta ostatnia rozpoczynała się po apelu. Formowano wówczas grupy robocze. Ponuro brzmią wspomnienia osób, które przeżyły Auschwitz, o dźwiękach orkiestry, które towarzyszyły wycieńczonym głodem i chorobami więźniom w drodze do pracy. Ta ostatnia trwała aż do zmroku. Wtedy to wracano z powrotem, lecz dzień katorgi wcale się nie kończył. Wieczorem więźniowie po raz kolejny stawali do apelu, który mógł się przedłużać w nieskończoność, jeśli tylko pojawiały się jakieś problemy z ustaleniem stanu osobowego. A tych mogło być sporo, ponieważ część osadzonych umierała podczas pracy bądź to z przyczyn naturalnych, bądź zamordowana np. przez nadzorców (kapo).

Dzień kończył się o godzinie dziewiątej wieczorem, kiedy to zapadała cisza nocna. Do tej godziny więźniowie musieli zdążyć skorzystać z umywalni oraz ubikacji. Czekała ich teraz noc w trzypiętrowych, przepełnionych łóżkach, które zastąpiły pierwotne sienniki rozkładane na podłodze.

Więźniowie musieli poradzić sobie nie tylko z pracą ponad siły. Dochodziły do tego wymyślne kary, którymi chętnie i często szafowano, nakładając je za najmniejsze przewinienia. Poza tym, na stan fizyczny osadzonych miały wpływ fatalne wyżywienie i tragiczne warunki sanitarne. Wyżywienie było bardzo mało kaloryczne i wydzielane więźniom w drastycznie małych ilościach. Dla ludzi, którzy przez cały dzień musieli pracować fizycznie oznaczało to praktycznie wyrok śmierci. Na to wszystko nakładały się urągające człowieczeństwu warunki higieniczne, które przyczyniały się do rozwoju epidemii chorób zakaźnych. Czy można było przeżyć takie piekło?

Odpowiedź jest chyba jednoznaczna.